|
Blog > Komentarze do wpisu
(Nie) spacerek RadwańskiejSzukanie medalowych szans Polaków na igrzyskach może przerodzić się w obsesję - sugeruje to chociażby ostatni wpis tutaj. Więc w przypadku Radwańskiej o medalu pisać nie będę, bo jest mniej lub bardziej tak prawdopodobny, jak medal Otylii Jędrzejczak w jej ostatnim starcie, i wolę być niespodziewanym sukcesem zaskoczony, niż rozczarowany. Ae sytuacja może - i traktujmy to na razie jedynie jako zabawę - być skomplikowana. Wyłuszczam po kolei. W poniedziałek zaczęło się łatwo, szybko, przyjemnie i zgodnie z przewidywaniami. Na korcie, który bodajże pierwszy raz od czasu rozpoczęcia igrzysk nie był przykryty smogiem, Polka w pół godziny wygrała seta 6:1. Radwańska w każdym gemie udowadniała Chan Yung-Jan, że dzieli je różnica co najmniej klasy. - Po prostu ją rozwala - skomentował kolega siedzący na trybunach. Ale niespodziewanie reprezentantka Tajwanu rzuciła się do walki i w drugim secie zaczęło jej wychodzić wszystko: uderzała mocne piłki w linię, często podchodziła do siatki, a ponieważ jest dużo lepszą deblistką (71. singlistka WTA, ale ósma w deblu) świetnie smeczowała, wychodziły jej niesamowite loby (za relacją Z Czuba, bo TVP w tym czasie pokazywało studio...). I licznik zaczął bić w drugą stronę tak szybko, jak to było w pierwszym secie. Radwańska otrząsnęła się przy stanie 1:5. I zaczęła grać, jak na dziewiątą rakietę świata przystało. Obroniła cztery setbole, doprowadziła do tie-breaku. Wygrała. Mecz, który miał być spacerkiem, trwał jednak grubo za długo. Może to mieć znaczenie w kolejnych rundach. Robert Radwański, ojciec i trener, nie ukrywał: - Trzeba zagrać szybkie trzy spotkania, żeby nie zmęczyć bolącego palca przed ćwierćfinałem. Kontuzja przeszkadza Polce od kilkunastu dni, Polka trochę się na nią skarży, ale tylko trochę. Dalej nie będzie przecież łatwiej: kolejna rywalka to Włoszka Schiavone, potem turniejowa dziewiątka Zwonariewa, potem może - już w ćwierćfinale - Patty Schnyder (13.). Niby to nie są wielkie faworytki, ale już rywalki, z którymi można sobie wyobrazić, że Radwańska przegrywa, na pewno tak. I to bez dolegliwości. A teraz ten scenariusz najciemniejszy. Dajmy na to, że Polka awansuje do półfinału, który - jak można w wielu miejscach doczytać - ma być ponoć bardzo blisko po wycofaniu się Anny Ivanović (Polka na nią "wpadała" w ćwierćfinale). I wyobraźmy sobie, my, napomopowani balonem oczekiwań, że Radwańska gra o finał... z Sereną Williams (w tym roku dwie dość dotkliwe porażki). A gdy ewentualnie przyjdzie naszej tenisistce walczyć w meczu o 3. miejsce i wymarzony brąz to rywalką może być... Venus Williams (gdy ta przegra wcześniej np. z Dinarą Safiną). To tylko dywagacje, z szansami powodzenia na poziomie może 5 proc. Ale ów ułamek sprawia, że gdy koszmar się narodzi, wielu może uznać występ Agnieszki w Pekinie za porażkę. A to byłaby kompletna, niesprawiedliwa, idiotyczna bzdura. Więc już nie chcę wypatrywać medalowych szans, bo to niezdrowe. PS: Zanim było spotkanie na Wimbledonie z Sereną, był jakże piękny triumf: i tego się trzymajmy.
PS2. Ona też będzie tenisistką i wygra Wimbledon :-) HANTEK.BLOX.PL poniedziałek, 11 sierpnia 2008, bartosz.raj
TrackBack
Komentarze
alberto.contador
2008/08/11 20:47:05
Wreszcie jakiś rozsądny głos. A tymczasem mamy pompowanie balonika pt. "medal w męskiej siatkówce lub piłce ręcznej". Nie zapominajmy, że ani siatkarze, ani szczypiorniści nie pokonali drużyny ze światowej czołówki!
2008/08/11 22:10:26
O medalach rzeczywiście za wcześnie jeszcze mówić, ale przynajmniej i siatkarze i szczypiorniści zrobili co do nich należało. Mogło się przecież skończyć jak z Sylwią albo Otylią. Aga niby też, chociaż mogła głównie sobie zaoszczędzić dramatycznej pogoni, bo o nadgarstek trzeba dbać.
A autor albo mnie czytuje, albo podobne gusta mamy ;) Pozdrawiam. toiowonasportowo.blox.pl 2008/08/11 23:08:34
Moim zdaniem problem jest zupełnie inny, problemem nie jest rozpatrywanie szans medalowych, ale mylenie szans, mylenie nadziei i oczekiwań z rzekomym przyznawaniem z góry medali. Moim zdaniem trzeba uczyć precyzyjnego oddzielania jednego (rozpatrywania szans) od drugiego ( dzielenia skóry na niedźwiedziu). Według mnie problemem jest strach przed porażkami a on paradoksalnie zmniejsza szanse zwycięstw. Porażki w życiu i w sporcie są czymś normalnym i trzeba uczyć się samemu i uczyć innych je pogodnie znosić, im lepiej się znosi porażki tym zwycięstwa przychodzą łatwiej i na odwrót. Moim zdaniem problem jest odwrotny niż wynika z powyższego cytatu, nie jest nim nadmiar a niedomiar optymizmu, wiary i pewności siebie. Strach przed porażkami - wynikający z nie umiejętności społeczeństwa odróżniania szans od pewności - paraliżuje entuzjazm, zmniejsza wiarę w siebie, hamuje aspiracje etc.. Od nikogo (także od faworytów) nie można domagać się zwycięstw i nikomu nawet outsiderowi nie można odbierać szans i nadziei na zwycięstwa. Każdy ma prawo wierzyć w siebie i okazywać tą wiarę na sposób jaki chce (na własną odpowiedzialność) a czynienie z tego powodu zarzutów w razie porażek jest właśnie dowodem nieumiejętności oddzielenia koniecznej wiary w siebie od rzekomego obiecywania zwycięstw i rzekomego nie dotrzymywania obietnic. Brak wystarczającego zrozumienia prostej prawdy, że im większa wiara w siebie m.in. sportowców tym większe szanse zwycięstwa a nie odwrotnie, że wiara w siebie ma jedynie zwiększać szanse na zwycięstwa a nie być ich gwarancją. Brak pozwolenia zawodnikom i kibicom na wiarę w siebie z obawy przed porażkami i rozliczeniami jest największą krzywdą jaką można wyrządzić tak sportowcowi każdemu z osobna jak sportowi w ogólności. Sądzę że Polacy jako ogół ( większość ) mają problem z logicznym, precyzyjnym myśleniem i w tym tkwi nasza największa słabość jako społeczeństwa i to rzutuje również i na sport, to nas odróżnia na niekorzyść od wyżej od nas stojących pod tym względem społeczeństw zachodnich. Należy bezwzględnie wierzyć w siebie stawiając sobie wysokie cele i wymagania, nie bać sie nawet deklaracji na wyrost gdyż są one często skutecznym dopingiem i motywacją do czynu i nie obrażać się na siebie i innych jeśli to nie przekłada się za każdym razem na zwycięstwa. Tylko ważne aby ta wiara była prawdziwa a nie udawana, aby nie wyrodziła się w bezpodstawne zadufanie w sobie czy lekceważenie przeciwnika i te przerosty wiary w siebie trzeba zwalczać na równi z jej brakiem ( zwalczać ale nie przez wylewanie dziecka czyli wiary z kąpielą czyli jej zwyrodnieniami). Musimy pamiętać że wiara ma tylko zwiększać szanse na zwycięstwa a nie być ich gwarancją a wtedy zniknie strach przed porażkami paraliżujący i tłumiący niezbędną do odnoszenia sukcesów wiarę w siebie. Ta przerażająca nie umiejętność odróżniania jednego od drugiego (np. precyzyjnego oddzielenia porządku przed meczowego z pomeczowym) zmniejsza nasze szanse w konfrontacji również na niwie sportowej z ludźmi zachodu w nie mniejszym stopniu niż mniejsze zasoby i mniejsza kultura materialna. Ustępujemy znacznie jako społeczeństwo społeczeństwom zachodu i w kulturze umysłowej ( np. niedostatek logicznego i precyzyjnego myślenia) i w kulturze materialnej, ale jako społeczeństwo a nie koniecznie jako poszczególne jednostki. Domaganie się obniżania aspiracji w obawie porażek i reakcji społeczeństwa na te porażki jak zaleca autor powyższej wypowiedzi prowadzi prostą drogą do zabijania (zmniejszania) wiary w siebie a to prowadzi do coraz większej zapaści m. in. polskiego sportu, a rozwiązanie jest proste ale być może w polskich realiach ( niedostatku logicznego myślenia) niemożliwe do zastosowania, a jest nim precyzyjne odróżnianie zapowiedzi opartych na wierze, nadziei, aspiracjach etc od konieczności, nieuchronności ich dotrzymywania. Nie można spalać wiary na ołtarzu niemożliwego. Wymaganie rzeczy niemożliwych to cecha niedojrzałych umysłów.
blog tenisowy w1ktorchmia.blox.pl |
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
|