Sport.pl pyta: Widział Pan na pewno wypadek Lewisa. Jak to wyglądało z Pana perspektywy? Robert Kubica: Jak wypadek, w którym samochód uderza w opony.
Blog > Komentarze do wpisu

Belgii dziękujemy za ich powroty

Nic lepszego w kobiecym tenisie nie mogło się wydarzyć. Przygnieciony ciężarem muskułów sióstr Williams, porażony chimerycznością Any Ivanović i Jeleny Janković, strzaskany przypadkowością rozstrzygnięć, na fali której do "10" awansowały m.in Azarenka czy Radwańska (oburzonym od razu odpowiadam - to nie krytyka, tylko fakt ujęty z pełnym szacunkiem dla wybitnych umiejętności obu tenisistek), dostał ów tenis prezent niezwykły.

Powroty Kim Clijsters i Justine Henin, wspaniałych Belgijek, które odchodząc z tenisowego świata wydawało się, że zostawiają materię sobię obcą. To nie była już ich gra - elegancka, ładna dla oka, w której liczył się i talent, i trening, i wachlarz opanowanych do perfekcji, ale przecież bardzo wielu różnych uderzeń. Kończyły z tenisem, w którym turniej mógł wygrać mężczyzna umiejący jedynie walnąć 220 km na godz. w serwisie i przez to nieprzegrywających własnych podań. Odeszły z tenisa, w którym dominacja sióstr Williams oparta była w mniejszym stopniu na ich perfekcyjnej i urozmaiconej grze, a bardziej na robotyce strzałów z każdym turniejem silniejszych. Działało, jeśli się Amerykankom chciało, na wszystkie dziewczyny.

Dziś obie Belgijki wróciły na kort. Mniejsza o powody, pole do spekulacji jest zbyt wielkie, a nie chcę powtarzać żenującego spektaklu dociekań, które towarzyszyły ich odejściom, gdzie plotki o dopingu i awanturach rodzinnych wypływały na pierwsze strony brukowców. Wróciły i dla mnie, kibica tenisa, możliwość oglądaniu ich obu jednocześnie na korcie jest dostatecznym powodem do wypisywania peanów.

Zaczęła Kim. W Cincinnati dotarła do ćwierćfinału w 2009 r., potem w następnym już turnieju wywalczyła tytuł w Nowym Jorku bijąc po drodze obie Williamsówny, Na Li, Bartoli i Wozniacki. Owacja dla Belgijki od amerykańskiej pybliczności - to znamienny dowód uwielbienia i docenienia wyczynu byłej numer światowego tenisa.
Teraz w Brisbane swój pierwszy turniej po przerwie gra Henin. Dopiero co oglądałem jej mecz z Karatczewą z Kazachstanu. Powiecie - któż to? Młoda dziewczyna z Kazachstanu, która słynnej rywalki się nie wystraszyła. Ponad wszystko przyjemnie było zobaczyć Belgijkę w akcji. Atak po linii, dojście do siatki i gaszona piłka na stronę bekhanową. Dropszoty, drivewoleje, plasowane serwisy wyrzucające rywalkę z kortu. I bekhend po crossie. Palce lizać. Siedziałem przed telewizorem i jak głupi o 11 rano z dzieckiem na rękach biliśmy brawo (bo już umie).

Oczywiście strzelała Henin też byki straszliwe. Po uderzeniu ramą piłka poleciała w trybuny, złapał ją pewien jegomość i wzudził aplauz australijskiej publiki. Zdarzały się auty dwumetrowe. Zdarzały się nieudane wypady do siatki. Ale to co najfajniesze, to fakt, że po ani jednej piłce nie sposób było odgadnąć jaki spektakl uderzeń w danej akcji zobaczymy. Nie było łubudu-łubudubu-gem-set-mecz.

Henin jest w ćwierćfinale i w czwartek rano gra z Węgierką Czink. Po drugiej stronie drabinki Clijsters gra z Safarzową. Tak sobie pomyślałem, że Henin może skopiować wyczyn Clijsters i w drugim turnieju zdobyć tytuł  w Australii. Ale też uczta dla kibca tenisa może przytrafić się wcześniej - w finale w Brisbane. Dotąd grały ze sobą 22 razy, o dwa zwycięstwa lepsza jest Henin. Ostatni pojedynek stoczyły na Wimbledonie w 2006 r. w półfinale. Wygrała Henin.

PS: Jak ja sie nią zajmę to urośnie ze 20 proc...

środa, 06 stycznia 2010, bartosz.raj

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/01/06 19:42:05
Też się cieszę, że Henin i Clijsters wróciły. Już pierwszy mecz Justine z Pietrową był bardzo fajnym meczem, w Melbourne każda będzie się modliła o to, by nie trafić jej w pierwszej rundzie. Któż to Karatanczewa? Ćwierćfinalistka French Open 2005 (najmłodsza ćwierćfinalistka Wielkiego Szlema od czasu Martiny Hingis) później zdyskwalifikowana za doping. Umiejętności ta dziewczyna ma olbrzymie, ale ciągle się za nią ciągnie ten przykry incydent. Ma jednak dopiero 20 lat i cała przyszłość przed nią. Przenosząc się do Kazachstanu zaczyna wszystko od nowa, bo jest to bardzo ciekawa zawodniczka, nieszablonowa, zupełnie inna od chmary nastolatek.

Przygnieciony ciężarem muskułów sióstr Williams, porażony chimerycznością Any Ivanović i Jeleny Janković, strzaskany przypadkowością rozstrzygnięć, na fali której do "10" awansowały m.in Azarenka czy Radwańska (oburzonym od razu odpowiadam - to nie krytyka, tylko fakt ujęty z pełnym szacunkiem dla wybitnych umiejętności obu tenisistek), dostał ów tenis prezent niezwykły. Moim zdaniem akurat Agnieszka z dziesiątki nie wypadnie po powrocie Belgijek, bo ma bardzo duże możliwości techniczne i nie jest jednostajną i schematyczną zawodniczką, czego nie można powiedzieć o Azarence i Woźniackiej, które dla mnie są do odstrzału z Top 10.

Drobna uwaga, Clijsters wygrała US Open w trzecim starcie po powrocie, po Cincinnati (ćwierćfinał), było jeszcze Toronto (III runda).

Jak dla mnie finał Henin - Clijsters w Brisbane jest murowany i od razu w pierwszym tygodniu będziemy mieli taki mecz, na jaki w ubiegłym sezonie przyszło nam czekać aż do Wimbledonu (półfinał Serena - Dementiewa).
-
2010/01/06 20:49:10
chyba nikt nie może się nie cieszyć, słysząc o powrocie Henin :) Kobiecy tenis znowu stanie się możliwy do oglądania :P Myślę, że informacja, że dwie Belgijki 'są w akcji', wpłynie też na resztę towarzystwa, będzie wtedy ciekawiej.
Reklama na blogach - Blogvertising.pl